New Mobile Website at wirenode.com

image

 
My name is Zee Jop  -Cyberius
  moje opowiadania   "OPOWIEŚCI GANDZIAKA" -fragmenty
u Gandziaka zamieszkał kot

W Pewnym momencie zaczęły w domu Gandziaka dziać się dziwne rzeczy. Mianowicie wieczorem ktoś zaczynał dobijać sie do drzwi, a następnie szarpać gwałtownie klamką. Gandziak oczywiście nie otwierał, ale tak na wszelki wypadek na stole w kuchni położył sobie siekierkę. Po kilku dniach postanowił jednak zareagować, i biorąc leżącą na stole siekierkę podchodził do drzwi, a następnie je otwierał. Po drugie nikogo nie było. Trzeciego dnia zobaczył kota, kot wszedł do środka i...został. Potem zobaczył w jaki sposób kot otwierał drzwi, mianowicie wskakiwał na klamkę, i wisząc na niej szarpał ją, jeśli były zamknięte robił to dotąd aż mu Gandziak nie otworzył. Kot potrafił jeszcze kilka innych sztuczek, otwierał sobie wodę w kranie gdy mu się chciało pić, a kiedy napiszę że mył sobie wodą łapki i pyszczek gdy tylko zaspokoił pragnienie, to nikt mi nie uwierzy. Czy to miało związek z tajemniczymi wybuchami i eksplozjami gigantycznych kul różnobarwnego światła następującymi po nich w nocy nieodległych górach -tego Gandziak nie wiedział. Ale przypuszczał że tajemnicze wybuchy i światła jakie im towarzyszyły mają związek z jakimiś badaniami lub testowaniem nowej broni. Kto miałby tą broń testować, polski budżet świecił pustkami, a Słowacja była jeszcze biedniejsza - może więc amerykanie - myślał. Zaobserwował także wzrost inteligencji u zwierząt w tym obszarze. Był pewien że zwierzęta tam są inteligentne i myślą. Czy to wpływ wybuchów, jakie przyczyniły się do zmiany kodu genetycznego
u zwierząt? Na drzewach pojawiały się też dziwne formy przypominające do złudzenia Matkę Boską, a jeden taki konar znalazł nawet podczas palenia w piecu kiedy robił sobie obiad.
Jeszcze dziwniejsze przygody miał Gandziak z jeleniami. Biedak sam w pustym odludnym miejscu ciągle się czegoś bał. Choć wśród przyjaciół i znajomych udawał bardzo odważnego. I TAK IDĄC DO SKLEPU musiał uważać na żmije jakich w tej okolicy było bardzo dużo, dziwne zważywszy na pore roku powinny już dawno spać, ale nie spały a jedna nawet mało go nie ugryzła.Wieczorem bał się dobijania do drzwi i szarpania klamką, dopóki jego źródło czyli kot, nie zamieszkało razem z nim. W nocy natomiast ktoś gwałtownie uderzał w ścianę. Miał powtarzający się co noc sen. Otóż zaraz za ścianą pokoju, już na zewnątrz budynku oczywiście jest sad, i do tego sadu wchodzą krowy które przegania właściciel,krowy uciekając uderzają w ścianę budynku, i wtedy Gandziak budzi, a razem z nim kot, który śpi w łóżku obok niego.
Gandziak oczywiście ma pod poduszką sporych rozmiarów nóż kuchenny, a pod łóżkiem siekierkę, większą od tej jaka leży na stole w kuchni, więc zwykle w takich chwilach łapie za nóż, a drugą rękę za siekierę, i czeka co będzie się działo. Nic się nie dzieje, i Gandziak zasypia, spi dotąd aż nie obudzi go głodny kot, albo sąsiadka dobijająca się do drzwi.Pewnego dnia wieczorem zobaczy przyczynę. Stojąc i paląc papierosa, zobaczy jak zza rogu przybudówki wychyla się ogromna postać, a potem znika, by po chwili znowu wychylić się i pokazać całą głowę. Ach jakie piękne są jelenie! Czy widzieliście kiedyś jelenia.Gandziak od tej chwili wie dlaczego jelenie nazywane są królami zwierząt w naszym obszarze klimatycznym. Są piękne i szlachetne, myśli, a największe nawet osiagają rozmiary średniej wielkości konia.
Od tej pory będzie podrzucał im jabłka, i trochę siana. Chce je znęcić i oswoić. Faktycznie przychodzą coraz bliżej, i się go nie boją, ale o oswojeniu nie ma mowy.
Później dowie się od sąsiadki że jelenie były kiedyś prawdziwym utrapieniem tego regionu, a ochrona zbiorów jednym z ważniejszych i bardziej pracochłonnych zajęć.Zwykle po zbiorach ziemniaków, czyli jesienią mieszkańcy tego regionu zbierali się wieczorami w górach paląc ogromne ogniska na swoich polach. I nic mistycznego w tym nie było, żadnych tajemnych kultów. Po prostu te wielkie ogniska miały odstraszać jelenie przychodzące na pola by jeść ich ziemniaki.Ziemniaki obok chleba pokarm ludzi biednych, a właściwie wypełniacz żołądka. Światło z płonących gałęzi sprawiało że jelenie były widoczne i można je było odganiać za pomocą gałęzi albo rzucanych w nich kamieni. Pełnili więc prawie wszyscy dyżury przy ogniskach nieraz aż do rana, zostawiając zaledwie jedną, a rzadziej dwie dorosłe osoby do pilnowania domu, obejścia oraz dzieci. Domy trzeba było pilnować, w regionie panowała bowiem ogromna różnorodność pod względem narodowym, językowym i religijnym. Mianowicie: łemkowie, polacy i ukraińcy, katolicy greccy i rzymscy, prawosławni, baptyści, świadkowie jehowy i wyznawcy prawosławnych sekt występujących praktycznie jedynie na Syberii jak subotnicy i niedzielnicy. Po 56 przybyli jeszcze górale zajmując często puste domy po wysiedlonych mieszkańcach wiosek.Gdy ci wrócili okazało sie że ich domy są zajęte, budowali więc często obok nich nowe, a ci którzy zajęli ich stare chaty stali się teraz sąsiadami, a jak dorastały dzieci teściami.

Gandziak zakopuje zdechłą krowę sąsiadki.

Wielkim problemem Gandziaka było niestety to że chciał być dobrym, jeśli byście wtedy mu poiedzieli że za każdy dobry czyn należy odpokutować poczułby się zapewne urażony, a może nawet zraniony.I kiedy pewnego ranka przyszła do niego sąsiadka prosząc o pomoc ten niestety ie odmówił, ale poszedł razem z nią. Jak się w drodze okazało sąsiadce zdechła krowa, i należy ją najpierw wynieść z obórki,a następnie zakopać. Taka krowa jeśli nie wiecie waży trochę, nawet dla tak silnego mężczyzny jakim jest Gandziak, wyniesienie zdechłej krowy z obórki w podłodze której leży warstwa śliskiego gnoju i gnojówki na wysokość około dwudziestu centymetrów jest problemem. Próby trwały połowę dnia. Do tej dziwnej dwójki, samotnej łemkowskiej kobiety będącej świadkiem jehowy, i Gandziaka, dołączył jeszcze jeden mężczyzna, i w końcu jakoś załadowali zdechłą krowę na wóz, którego właściciel wywiózł ciało zdechłej krowy na pole i następnie zakopał. Starania Gandziaka nie zostały jednak właściwie docenione przez sąsiadkę. Jak się potem okazało staruszka była psychicznie chora i po wyjeździe Gandziaka do Krakowa. Oskarżyła go o kradzież starego zardzewiałego brzeszczota do piłki, wartości bagatela około osiemdziesięciu groszy. Staruszka była psychicznie chora, ale czy zdrowi byli policjanci z Wysowej którzy przyjęli skargę? Może byli ociężali umysłowo. Jako ciekawostkę mogę dodać że listy z wezwaniem na policję a następnie do sądu, były pisane na adresy miejsc publicznych w Krakowie. Ale to jeszcze nie wszystko, kara za zajmowanie się nie swoimi sprawami, musiała być odpowiednia.Wezwanie do sadu przyszło na adres rodziców naszego bohatera, a list polecony przecież odebrała sąsiadka, prawie dziewięćdziesięcioletnia staruszka, podpisując się pod nim. Gandziak jak i jego matka chętnie starszej kobiecie pomagali robiąc dla niej zakupy. Odwdzięczyła się wiec jak mogła, bo gdy matka Gandziaka wróciła ze szpitala po operacji, rozradowała sąsiadka wręczyła jej pozew sadowy przeciw synowi. Matka po operacji mogła więc spokojnie odpocząć.Śmieszne w tej historii jest to że Gandziak nie pomagał sąsiadce z Wysowy całkiem altruistycznie, myślał tak : no dobrze nie mogę wystarczająco pomagać mojej matce, bo jestem od niej daleko, ale tu mam samotną staruszkę i mogę coś dla niej czasami zrobić. Staruszka urodziła sie zaledwie dwa lub trzy dni później od matki Gandziaka, jakoś tak po dziesiątym listopada, i była także skorpionem.
Nawiasem mówiąc matka Gandziaka nie potrzebowała pomocy, a jej nadmiar irytował ją.


Wracając do kota. Kot nie tylko że zamieszkał u Gandziaka, ale nawet po jakimś czasie zaczął zakradać się do jego łóżka, i spać razem z nim pod kołdra. Nie ruszały go dziwne odgłosy, dobijania się do ścian w nocy, ani strachy, jakich wiać nie miał. Kot sie okazał strasznym zabójcom.Masowało wiosną łapał małe jaszczurki, siedząc na schodach przed gankiem. Piękne, mieniące się różnymi kolorami jaszczurki traciły niestety życie. Zabijał także swoją niebezpieczną łapą małe żmije.Ale z kotem wiąże się najdziwniejsza przygoda.Kiedyś zasypiając już nad ranem Gandziak usłyszał głośne krzyki kota. Jak się potem okazało, kot był kotką, i tej nocy okocił się. A w łóżku zdziwionego i trochę przerażonego Gandziaka leżały cztery małe kotki, Gandziak najpierw panicznie bał sie ich dotknąć bo słyszał że potem takiego kotka może matka odrzucić jeśli poczuje zapach człowieka.Wykonywał więc prawdziwą ekwilibrystyczną akrobację wstając z łóżka, i następnie scielac go. Niestety dwa kotki zdechły przygniecione prawdopodobnie przez kołdrę gdzie zostały umieszczone przez matkę. Pozostałą dwójkę karmił, nalewając do miski i trochę mleka.Od sąsiadki dowiedział się że to podobno zły znak jeśli w łóżku urodzą się kotki, bo zapewne ktoś będzie się chciał wżenić w rodzinę, jak to powiedziała. Co to znaczy wżenić pytał Gandziak. Wtedy tego jeszcze nie wiedział.

Gandziak wraca wspomnieniami do historii rodzinnych.

Jak wszystkich zapewne wiadomo, rodzice matki Gandziaka byli w stu procentach polakami. Przodkowie dziadka za udział w powstaniach listopadowym i styczniowym zostali wysiedleni ze swojej wsi aż na granice województwa radomskiego* z lubelskim, po drugiej stronie rzeki było już lubelskie.
Żyli tam skromnie w zakolach Wisły pomiędzy doliną a małymi wzgórzami pełnymi ziół i wrzosów. Babcia miała o wiele ciekawszą historię, otóż w czasach kiedy była zaledwie kilkuletnim dzieckiem, cała jej dorosła część rodziny wymarła. Przed pierwszą wojną podobnie zresztą jak i przed drugą, okoliczna ludność miała widzieć jakieś dziwne znaki, na niebie i zwykle piękne tajemnicze postaci spacerujące po wsiach i ostrzegające ludzi przed kataklizmem jaki niebawem na ludzkość zostanie zesłany za jej grzechy.[ niektórzy w tych pięknych paniach widzieli Matkę Boską] Bez względu a to jaka była prawda z cudownymi zjawami, pojawiła się najpierw zaraza a potem wojna. Rodzice i dziadkowie Anny zmarli na zarazę nie doczekawszy się na nią.Dzieci przeżyły ale zostały same. I tak dziesięcioletnia sierota musiała nagle w jednej chwili wydorośleć i zajmować się młodszym rodzeństwem.
Oprócz tego musiała jeszcze zarobić na utrzymanie całej małej gromadki. I wiem że zabrzmi to fantastycznie ale dziesięcioletnia dziewczynka zaprzęgała konie do wozu, orała ziemie i wykonywała wszystkie prace jakie mogła wykonać.
Mały Rys postaci babci Anny.Urodzona gdzieś pomiędzy Chodlikiem a Annopopolem, z rodziny która zamieszkiwała te rejony od stuleci jeśli nie dłużej. Jeśli coś ja wyróżniało to wyjątkowo szlachetne rysy twarzy, jakie można czasami, jeżeli byliście może na wyprawie w północnych Indiach spotkać u niektórych córek i żon maharadżów.Do tego niesłychanie błękitne oczy zupełnie jak lazur nieba, w których można się było przejrzeć.
Nie przypominała w niczym rodziny ojca Gandziaka która zachowała w sobie dużo włoskich genów, czarne włosy czarne oczy i ciemną karnację skóry spotykaną jedynie czasami na Sycylii.Aha, babka Gandziaka ze strony ojca także była sierotą.

*gdzieś między KŁódziem, Solcem a wspomnianymi Annopolem i Chodlikiem



Ojciec Gandziaka zapisuje się do ormo.

Było to w zamierzchłych czasach, ale właśnie tego wieczoru nie wiedzieć czemu Gandziak siedząc samotnie w kuchni przypomniał sobie.
Otóż ojciec Gandziaka lubił niestety wypić i używał wszelkich pretekstów aby wytłumaczyć się przed nie znoszącą alkoholu żoną.Gdy był małym dzieckiem, wybuchła wojna a jego starszy brat poszedł do lasu, a siostra została wywieziona na przymusowe roboty, ojciec ponieważ nie chciał podpisać listy przynależności do narodu niemieckiego, niby zresztą z jakiej racji jak był pół szkotem i pół włochem, trafił do obozu w Dachau, i to zresztą dzięki jego dobrej znajomości języków, bo a odmowę podpisania listy miał zostać rozstrzelany, ale w ostatniej chwili okazało się że potrzebni są im tłumacze i kare śmierci zamieniono mu na obóz.
Ojciec wychowała jedynie matka i był przyzwyczajony do dużej swobody, a nawet nieograniczonej wolności dla siebie bo dla dzieci taki nie był, wręcz przeciwnie. Ale sam wychowywał się nie wychowywał przez matkę i trudno mu sie było pogodzić z nową dla niego sytuacja
Kiedyś wpadł na pomysł aby oszukać matkę że razem z milicją i tak zwanymi ormowcami kontroluje miejscowych przestępców. Matkę to i tak nie obchodziło, nie obchodziło jej nic co nie jest działaniem dla rodziny i nie miało żadnego znaczenia czy ojciec stał z kolegami przed barem, na tak zwanym rogu, lub koło sikory, czy może łapał z ormowcami drobnych przestępców. W obu przypadkach nie poświęcał się dla rodziny i marnotrawił czas.W tym także celu zapisał się kolegami do tak zwanej partii, by po zebraniach mógł spotykać się z kolegami ww miejscowej restauracji, przy sąsiednim stoliku siedzieli sąsiedzi którzy w tym czasie mieli być na wieczornym nabożeństwie. Jedni więc chodzili na zebrania partyjne a inni do kościoła, a wszyscy spotykali się w miejscowej knajpie.Ich świat przypominał bardziej świat Hrabala i Haszka niż świat ideologicznych udręk i paranoi.
I tak chodził na ryby, grał w karty, nie twierdze wcale że nie lubi chodzić na ryby albo grać w karty ale zawsze była okazja żeby podczas wędkowania lub całonocnej gry w brydża czy pokera wypić trochę. Grał więc z miejscowym aptekarzem i księdzem, a potem kółko powiększyło się o kilku inżynierów i lekarzy.


Gandziak jedzie do pracy na farmę.

Kiedy się okazało że Gandziak nie otrzymał ani grosza za swoją prace przy sprzątaniu bloków i potem w supermarkecie gdzie wykład towary na stoisku mlecznym, postanowił wyjechać do pracy za granicą. Kogo stać żeby dokładając do pracy, i żeby móc pracować pożyczać pieniądze na na opłacenie czynszu za pokój, i jedzenie. Gandziak wtedy mało nie umarł z głodu. Od znajomego z Lubartowa który pracował przy układaniu kostki pożyczył pięćdziesiąt złotych, dzięki czemu mógł zabrać większość rzeczy i przewieźć je do matki do miasteczka. Zabrał ze sobą komputer, ten który dostał kiedyś od swojej byłej dziewczyny, komputer mu sie jeszcze w przyszłości przyda. Zostawił u niej swoje rzeczy i pojechał autostopem na Wyspy. Aha odwiedził położoną za miastem działkę rodziców a idą przez wąwóz pomiędzy drzewami słyszał zdziwione głosy ptaków, i mógłby przysiąc że ptaki śpiewały - o do miasta wrócił Gandziaka, Gandziak wrócił, przyjechał Gandziak - Ale chyba się z niego nie śmiały, myślał, przecież on lubił ptaki. Generalnie w tamtym czasie ciągle co się Gandziakowi przydarzało. A to wpadł pod samochód, a to przyjechał na święta odwiedzić matkę, i podczas kolacji połknął kość która mu utknęła w gardle i musiał w nocy iść do szpitala żeby mu tą kość wyciągnęli.
No dobrze więc pojechał stopem na Wyspę i znalazł pracę na farmie na samym południu Anglii, przy zbiorze owoców.
Pewnego dnia zobaczył jak pracujący razem z nim w jednym zespole Adam potyka się o króliczą dziurę, a następnie w nią wpada by po chwili zniknąć.
Wieczorem kiedy Adam wrócił do mieszkania zaczął opowiadać coo się z nim stało.
Ach, ciągle się tam coś działo. Jak ktoś nie wpadał do króliczej dziury, to zdarzała mu sięgnie mniej dziwna historia.
Następnego dnia na przykład podczas powrotu z pracy drzwi vana otworzyły się i Gandziak wypadł z auta, ale tak szczęśliwie że wpadł przez otworzone okno do samochodu jadącej za nimi angielki. Angielka była bardzo sympatyczna i miła, choć na początku dziwiła się trochę...
ACH, BYŁYM zapomniał. Próby współdziałania z ormo zakończyły się dla ojca Gandziaka tragicznie, spotkaniem jego głowy ze ścierką trzymaną w rękach matki.
a jego matka miała niestety silną rękę, tak silną jak charakter. Powiedziałbym nawet że zbyt silną.

Dziadek Gandziaka trafia do obozu
Gandziak podczas rozmowy z matką, przypomniał sobie historyjkę związaną z tym jak jego dziadek w czasie wojny trafił do obozu.
Dziadek Gandziaka ze strony matki, Jaros herbu Wrona, był człowiekiem bardzo partym choć łagodnym i żadne próby wymuszania na nim czegokolwiek nie kończyły się dobrze. Nie mogłeś zmusić go do niczego, jeśli on tego nie chciał, i tyle. Kropka. Możesz powiedzieć że miał silny charakter, albo duszę wolnego człowieka. Nazwij to jak chcesz. Dziadek więc powiedział że nie odda niemcom kontyngentu i tyle. Do jego domu zaczęli przychodzić sąsiedzi i liczni kuzyni, i namawiać go żeby odstawił obowiązkowy kontyngent bo mogą go spotkać za to liczne nieprzyjemności a nawet przykrości. Powiedział że nie zapłaci i koniec. -nie zapłacę, nie zapłacę - mówił wszystkim - i nie oddam, bo to jest moje - po czym dodawał - Mogą mnie nawet zamknąć - Wkrótce cała wieś chciała się złożyć na drobny w sumie kontyngent, jednak dziadek twardo postanowił na swoim. Po kilku dniach w zabudowaniach dziadka pojawili się żołnierze, na pytanie gdzie jest dziadek, jego żona odpowiedziała że nie wie. Żołnierze zaczęli szukać dziadka najpierw w obejściu, potem w zabudowaniach, myśleli też żeby może pójść do dziadkowego lasu, bo tam zbudował sobie jakąś chatkę albo lepiankę i ukrywa się przed nimi. A może jest nad swoją rzeką, -tam także mógł się ukryć, myśleli żołnierze. Kiedy jednak nie znaleźli dziadka w jego lesie, ani nad jego rzeką i na jego łąkach postanowili wrócić do domu. Może jest na strychu, ale na strychu nie było. Nie było go też w studni. Niestety jeden z nich zajrzał za drzwi za którymi stał dziadek. I tak dziadek trafił do obozu, z którego zresztą po tygodniu uciekł. Po kilku dniach przyszedł do domu na nogach. Z obozu nie było do domu daleko. o dajmy na to drugi dziadek Gandziaka, ten ze strony ojca, nie chciał w czasie wojny podpisać listy przynależności do narodu niemieckiego, więc trafił do obozu w Dachau. Mia zresztą dużo szczęścia, najpierw miano ich rozstrzelać, ale z powodu braku tłumaczy zamieniono mu karę na obóz.
Ciągle mu się przydarzały jakieś dziwne historię, bo gdy chciał iść do szkoły wybuchła Pierwsza wojna światowa, a on zamiast do szkoły trafił prawie ze wszystkimi swoimi braćmi do POWu, a następnie do armii.Walczył z bolszewikami podczas wojny polsko-bolszewickiej, i został już w armii. Do trzydziestego ósmego roku. Potem postanowił zbudować dom. I zabrał się energicznie do pracy. Tak energicznie że zbudował go w ciągu niecałego roku. Nowy piękny budynek był gotowy do zamieszkania w sierpniu 1939 roku. Jednak wybuchła wojna a niemcy skonfiskowali ten nowy piękny dom na potrzeby armii. Po wojnie po niemcach dom zajęli rosjanie, a kiedy dziadek wrócił z obozu wolał się nie wychylać. Jednak nie uprzedzajmy faktów.

Dziadek Gandziaka wraca z obozu
Amerykanie gdy wyzwolili obóz w Dachau nie chcieli oczywiście słyszeć o tym ze że dziadek Gandziaka wraca do domu, do rodziny. Mówili - słuchaj Steew ty musisz wstąpić do amerykańskiej armii, znasz angielski, i masz brytyjskie pochodzenie, a do tego byłeś przecież zawodowym żołnierzem, i to gdzie w strzelcach podhalańskich! Oni nie chcieli słuchać dziadka, a dziadek nie chciał słuchać ich.W końcu dziadek postanowił wyruszyć do domu w tajemnicy przed amerykańskimi żołnierzami, wyruszył skoro świt. Po drodze odwiedził jednego ze swoich braci. Dziadek dostał od brata całą masę prezentów, a do tego... wózek którym mógłby je przywieźć do domu. Tak w skrócie wyglądał kontakt dziadka Gandziaka z ameryką i amerykanami. PÓŹNIEJ JEGO SYN, CZYLI OJCIEC GANDZIAKA zaraz po ukończeniu studiów miał propozycje pracy w ambasadzie polskiej w Londynie. Nie skorzystał jednak z tej oferty pomimo silnych nalegań. Z wielu możliwości wybrał małe położone w kotlinie miasteczko z przepływają przez nie dużą rzeką i jeziorami. Wśród lasów i pól. Czy życie w takim małym ukrytym w kotlinie miasteczku przebiegało spokojnie i leniwie. Chyba nie


Babka Gandziaka choruje na serce

W wieku sześciu lat babcia Gandziaka ze strony ojca zachorowała na serce. Jakby tego było mało że jest biedną sierotą której rodzice zmarli kiedy ona była mała, to jeszcze okazuje się że jest poważnie chora.I chorowała tak na serce równo przez osiemdziesiąt osiem lat. Gdy zmarła mając dziewięćdziesiąt cztery, nie umarła oczywiście na serce. Rodzina Gandziaka nie należała do długowiecznych. Jego dziadek dla przykładu żył zaledwie osiemdziesiąt cztery lata, i to pomimo niewątpliwego wzmocnienia jakie jego charakterowi przyniósł pobyt w trzech obozach, dwu podczas wojny polsko- bolszewickiej [ z obu oczywiście uciekł ] jednym podczas drugiej wojny [ Dachau ]
Pradziadek żył zaledwie sześćdziesiąt kilka lat, ponieważ w jego zakładzie uderzył go w oko kawałek rozżarzonego żelaza, i niestety wdało sie zakażenie. Był niezwykle odważnym i silnym człowiekiem, i kila razy opłynął kulę ziemską, a zmarł w takich dziwnych okolicznościach, rzekłbym nawet że banalnych.
Prababka Gandziaka ze strony matki Marianna żyła przeszło dziewięćdziesiąt lat, wstawało najpóźniej o czwartej rano, poczym wybierała się na spacer. Ale to silne kresowe geny.

Do matki Gandziaka w wielki Piątek przychodzi sąsiadka.


W Wielki Piątek o godzinie siódmej rano przychodzi do matki Gandziaka sąsiadka. Nic nie robi ponieważ choruje, więc wymyśla nie stworzone historię. Od jakiegoś czasu uważa że matka Gandziaka hoduje na balkonie ptaki. Ptaki te oczywiście załatwiają się na jej balkonie [wytresowane?] Matka Gandziak nie hoduje oczywiście ani wróbli, ani sikorek ani nawet srok lub słowików. Jak to jej jednak wytłumaczyć? Z balkonu matki spada też podobno jakiś nie istniejący styropian. Jak może spadać z balkonu styropian którego nie ma? Jednak na tym skończyło się. Trochę Niezrównoważona kobieta przyszła do matki po raz kolejny. Razem z synem, w wieku lat około trzydziestu. Syn kobiety był trochę niemiły dla matki Gandziaka. Powiedziałbym nawet że bezczelny. Chamski i arogancki. Po najściach matka Gandziaka zdenerwowała się na tyle że dostała wylewu krwi do lewego oka. Następnie to oko zaczęło ropieć.
Tego dnia odbył się też pogrzeb jednego z sąsiadów. Gandziak nie przepadał za nim. Ponieważ sąsiad mia taki zwyczaj że kiedy kupował jedzenie to zanosił je do piwnicy. I tam po kryjomu przed dziećmi i żoną zjadał co lepsze kąski. Dla dzieci był chleb i smalec. Dla niego kiełbasa. Gandziak widywał nawet czasami jednego z jego synów. Syn został pijakiem, a następnie ponieważ został prawdopodobnie wyrzucony za pijaństwo z pracy przestał w ogóle dbać o siebie i starać się. Spał na klatkach schodowych w blokach dopóki ktoś nie wyrzucił. Powodów do wyrzucania go z klatki stwarzał wiele. A to zapalił na klatce schodowej ognisku gdy mu było zimno. A to śpiąc po pijanemu załatwił się w spodnie i zapomniał po sobie posprzątać. Gandziak nie przepadał za nim, bo kiedyś śpiąc po pijanemu na klatce załatwił się właśnie w... spodnie. Smród roznosił się po całej klatce schodowej przez trzy dni. Wchodził także do mieszkania i śmierdziało w mieszkaniu.

Sąsiedzi Gandziaka.
jednym z sąsiadów mieszkających na tej samej co on ulicy był policjant. Podobno dokuczał wnuczkowi sąsiadki z prawej. Dzieciak wychowywał się praktycznie u babci ponieważ rodzice nadużywali alkoholu. Więc kiedy wchodził do bloku a wejść musiał na ostatnie piętro otwierały się zwykle drzwi z naprzeciwka i na zewnątrz wychodził niezbyt sympatyczny pytając czego tu chce. Wtedy z twarzy chłopaka znikał uśmiech, i serce zaczynało mu gwałtownie bić a następnie wskakiwać do gardła. Cieszy się ale tylko przez chwilę, ponieważ nie spotkał przemiłego sąsiada już na schodach na przykład w drzwiach na parterze. lub zagradzającego mu drogę wejściowa a schody były dość dość wąskie. Wiele się nie zmieniło. Teraz jego wnuczek wlepiał mu mandaty kiedy ten jechał swoim starym rozpadającym się autem, bo na inne nie było go stać. W tamtym miejscu wiele się nie zmieniło dzieci i wnuki policjanta wiązali się wchodzili w związki z przedstawicielami mafii i świata przestępczego. Oczywiście wszystko stosownie do wielkości, jednak na małym osiedlu wystarczająco groźni.
Tak jak już przy policji jesteśmy to przypomniał mi się sąsiad z naprzeciwka. I częste interwencje właśnie policji. Kiedy to około dwunastej w nocy awanturował się z żoną. Zaczynało się przez niego rzucanie garnków na ulicę i tak dalej. Policjanci robili wtedy głupie miny. Jednak to co sie działo nie spłynęło tak po wszystkich. najpierw odjeżdżał starszy syn. Chłopak spokojny, gdzieś w czwartej klasie zaczęło się z nim dziać cos niedobrego. Przestał chodzić do szkoły,a następnie wychodzić w ogóle z domu. Potem coraz trudniej było się z nim dogadać. Po kilku latach przyszła kolej na młodszego. Chociaż u niego choroba zaczęła rozwijać sie inaczej. Gdy tamten milk i zapadał się w sobie, on robił sie coraz bardziej agresywny. Zapytacie może kto był winny. Czy kobieta zona tego mężczyzna prowokująca te awantury, czy mąż który dawał sie sprowokować. Zwykle jajko jednak przychodzi do kury i swój spotyka swojego. Szkoda niestety spustoszeń jakie ich związek przyniósł w postaci dwóch niezdolnych do życia synów. Agresja niestety potrafi być bardzo pustosząca. O ile gnie prowadzi według Tomasza z Akwinu do głupoty, o tyle agresja niszczy czasami nawet dosłownie całe otoczenie. Ona spala jak ogień. I wokół niej pozostaje jedynie pustynia.

Ojciec Gandziaka umiera w szpitalu.

Nadszedł czerwiec i ojciec Gandziaka trafił do szpitala po raz kolejny. Gdzie po amputacji nogi wkrótce zmarł. Wróciły do niego przed śmiercią wszystkie jego myśli i spełniły sie marzenia. Umarł w komunistycznym szpitalu, na wieloosobowej sali.Chciał komunizmu i miał komunizm. Lecz kiedy zobaczył jak działa komunizm w praktyce, na przykładzie szpitala właśnie, a może na przykładzie szpitala szczególnie, to nie uśmiechało mu się przebywanie w tym "raju".Obok niego pacjenci z sąsiednich łózek grali w karty, inni oglądali w telewizji sport. Przecież lubił oglądać sport. Lubił także kiedyś grać w karty, i to bardzo. Grał w karty nałogowo, w brydża a czasami w pokera. Jeżeli nie chodził na ryby to zwykle grał w brydża. Muszę wam powiedzieć że bardzo smutne jest umieranie w komunistycznym szpitalu, na wielkich wieloosobowych salach, wśród obcych ludzi. Kolektywizm jest straszny także z tego powodu że z obcych ludzi robi bliskich, a z bliskich obcych. Ta pozorna bliskość z obcymi i wobec obcych wymuszana jest właśnie poprzez kolektywne zajmowanie miejsc, nie tylko w pracy, co nie dziwi, lecz w szpitalach, szkołach, przedszkolach i żłobkach. Bliscy natomiast widują się ze sobą rzadziej większość czasu spędzając z obcymi sobie ludźmi, w szkołach, w pracy, a dzieci także w przedszkolach

Siostra Gandziaka.

Przyjeżdża na święta. Siostra była można powiedzieć całkowitym zaprzeczeniem Gandziaka. Rezolutna i dynamiczna. Pracowita i konkretna, umiała sobie zaradzić w życiu. Jej przyjazdy były swojego rodzaju rytuałem. Zatrzymywał się samochód, ona przychodziła do domu, i kazała schodzić Gandziakowi na dół żeby przynieść rzeczy z samochodu do domu. Wnoszenie siatek, toreb, z rzeczami potrzebnymi bardziej mniej albo w ogóle trwało przez jakiś. On wnosił je po schodach na drugie piętro i wracał po następne. Kłótnia rodzinna zaczynała się już często podczas noszenia rzeczy, kiedy jego siostra zaczynała nim komenderować. Może nawet po to woziła tyle rzeczy żeby mogła kimś komenderować i czuć się przez to ważniejszą? Dzieci oczywiście udawały że te rzeczy nie są ich.

KOMUNISTYCZNE DZIECKO

nie. komunistyczne dziecko nie powinno słuchać kołysanek - mówił zagniewany ojciec do żony a to go przestraszona słuchała - ani tym bardziej śpiewać. Nie powinno także zajmować się sztuką w przyszłości gdy dorośnie - Większość ludzi należących do partii i pracujących w strukturach administracji wiedziała że jest to kolejna partia władzy, i należy jakoś przeżyć, jego ojciec niestety był komunistą wierzącym, i zalecenia komunizmu traktował poważnie, a nawet wierzył w wychowanie, no raczej w wytresowanie nowego człowieka, Tak się niestety złożyło że na tego nowego człowieka został wytypowany jego syn. Od dziecka czuł że coś jest nie tak, i że ktoś chce zadusić jego psychikę i odebrać mu duszę, a zamiast niej, tej prawdziwej swojej duszy do małego dziecięcego ciała wstawić awatara, sztucznego implanta. I wiedział że musi się obronić, obronić za wszelką cenę. Po to aby przetrwać. W jego domu toczyła się wojna. Wojna o jego życie, czyli o jego dusze. Wraz co z tego wynika walką o wolną wolę, czy zwyczajnie o wolność.
Oddawanie pieniędzy na przechowanie. Kiedy wyjeżdżali z wizytą do rodziny panował obyczaj dawania pieniędzy dzieciom. Dziecko niech kupi sobie to co uzna za potrzebne myśleli dorośli. Oraz niech samodzielnie dokona wyboru. Jego rodzice dawali pieniądze jego kuzynek, a ich rodzice dawali pieniądze jemu. Jednak była mała różnica, i ta mała różnica robiła wielką różnicę. Jemu i jego siostrze rodzice kiedy wrócili do domu odbierali pieniądze, na tak zwane "przechowanie". Oczywiście na święte nigdy. Lecz kiedy dzieci pytały co z ich pieniędzmi, rodzice odpowiadali zgodnym chórem -przecież żywimy was , kupujemy wam ubrania - Ojciec komunista, partyjny uważał też że - pieniądze demoralizują - i mówił tak do niego często. Jego ojciec lubił mieć dwie twarze. jedną jasną, porządna, i była to twarz tak zwana dzienna. Druga twarz należała do nocy. Upijanie się, obżarstwo, lenistwo i okłamywanie żony. Oraz liczne awantury. Pozwalał mu jedynie na wychodzenie z domu, gdy on miał już szesnaście albo siedemnaście lat na pół godziny, po obiedzie. On podejrzewał że ojciec nie chce go zobaczyć stojącego pod knajpą, z tej prostej przyczyny że mógłby powiedzieć o tym matce. ponieważ miasto nie było zbyt duże. i tak o wszystkim mówiły jej uczynne koleżanki. Donosiły bardzo chętnie w obie strony. Do domu i wynosiły informację z domu.
Komunistyczne dziecko nie słucha muzyki mówił innego razu ojciec, uważając że sztuka demoralizuje. Strach bowiem że jego dzieci mogą zostać artystami paraliżował go. Ten komunizm był okropnie drobnomieszczański i nie było w nim ani odrobiny wolności, świeżego powietrza i rewolucji. Nic z ducha rebelii.
- Komunistyczne dziecko nie powinno zajmować się malarstwem - swoją drogą w tym akurat mieli trochę racji, pożytek własny i możliwość przetrwania, powinno być stawiane na pierwszym miejscu, a sztuka, duchowość, i inne zainteresowania dopiero w miarę wolnego czasu. No chyba że ktoś jest bardzo bogaty, i nie musi pracować na swoje utrzymanie, albo zgadza się na życie w nędzy. Wielu tak mówi, lecz kiedy do tego przyjdzie ma żal do ludzi że nie chcą mu pomóc, a co niektórzy tylko do siebie. Tam gdzie jest twój czas tam jest też serce twoje, idż do tego miejsca któremu poświęciłeś najwięcej swojego czasu i energii. Jeżeli czas i pieniądze zostawiłeś w knajpie to idź do niej po nie. Zobaczymy co powiedzą. Jeżeli zostawiłeś go w kościele, idż do kościoła, na zebraniach partyjnych idź tam. Mała dawka szlachetnego egoizmu nie zaszkodzi, gorzej jak go brakuje, wtedy trzeba go w sobie jakoś obudzić. Więcej agresji, woli walki, chęci przetrwania, poczucia własnej wolności i wartości.

Jego matka miała pomimo podeszłego wieku specyficzne podejście do życia. Uważała na przykład że jeśli ona coś widzi to widzą to wszyscy , jeśli lustro powieszone jest na wysokości jej głowy to jest to wysokość odpowiednia dla każdej osoby przeglądającej się w nim. Podobnie było z rozmiarami. Jeśli ona więc mieściła w korytarzu to inni także. Podobnie miały się rzeczy pozornie racjonalne z jednego punktu widzenia. Więc na przykład podstawiała pod kran miednicę aby woda jeżeli będzie kapała z kranu to do plastikowej miednicy. On znowu jeśli chciał się umyć a żeby nie budzić matki lub sąsiadów w bloku nie zapalał światło. Efekt był odwrotny od zamierzonego. kapiąca z kranu na miednice wodę słychać było w całym mieszkaniu a może nawet w bloku. Dwa logiczne działania zaprzeczały sobie. Nie usamodzielnił sie pomimo 50 lat mieszkał nadal u matki, a ona wierzyła że kiedy znajdzie stałą pracę ożeni się i razem z żoną zamieszka u niej. Jak by się mieli pomieścić w jednym pokoiku wielkości półtora metra na trzy? A w trójkę, czwórkę albo piątkę. Innym marzeniem jego matki było to ż jak dorośnie to zabierze ja ze sobą do swojego domu. Jako nastolatek chciał się usamodzielnić, jednak ciężka czapa nałożona na niego przez matkę i ojca sprawiła że się poddał i przegrał. Dwa jego matka czego bał się najbardziej chciała by w tym jego domu rządzić, szczególnie zaś rządzić nim i wychowywać jego dzieci, tak jak jego i jego siostrę. na to nie chciał się zgodzić. Nie chciał też powiedzieć matce prawdę, że nie zgada się na jej ingerencję w jego życie, aby jej nie zranić. Trwał więcc tak. I siedział u niej w domu, bez pracy. Dni i lata niestety mijały. Oczywiście co jakiś czas matka wyrzucała go z domu - wynoś się jak ci sie nie podoba - Dokąd miał się wynieść. Najpierw może wraz z ojcem przyczyniła się do jego niesamodzielności i bezradności a następnie. w tym także była nie konsekwentna. Inna jej taka specyficzna cechą było to że nie mogła zrozumieć że dziecko jest tylko dzieckiem i należy rozmawiać z nim jak z dzieckiem. Chciała by aby dorośli syn i córka zachowywali się jak dziecko, natomiast nie mogła zrozumieć że dzieci nie zachowują się jak dorośli. Gniewała się a nie, kłóciła z nimi obrażała na dzieci córki, bo z tymi najczęściej miała kontakt. Dobrze że nie trafiło się w jej domu dziecko z niedorozwojem umysłowym, na tyle niedużym że nie zauważalnym, przynajmniej na początku. Czy zamęczyła by nie dopuszczając do świadomości że nie jest w stanie na przykład zrozumieć jej. Nie mogła też zrozumieć że coś go boli, i nie rodzaj bólu ciała tu chodzi ale o tak zwany ból duszy. że się żle czuje lub coś w tym rodzaju.
Ja tam znałem komunizm z innej strony ze strony jakiejś książki Engelsa i wierszy Marxa. Najpierw niech na tapetę pójdzie Engels. Engelsa poznałem w szkole średniej. Liceum do którego chodziłem. Dzięki szkole przeczytałem coś koło tysiąca książek. Żeby się nie nudzić podczas lekcji czytałem pod ławka książki. Sztukę tę opanowałem do perfekcji. W klasie polonistycznej co pamiętam doskonale jakby to było dziś z tyłu na samym jej końcu stała oszklona szafka z książkami a ja siedziałem z niejakim Kulosem, albo Kulasem w ostatniej ławce. Ponieważ przeczytałem praktycznie wszystkie książki z biblioteki miejskiej i domowej dość łapczywym wzrokiem spoglądałem na oszkloną szafkę i znalazłem tego Engelsa. Książka, tytułu nie pamiętam traktowała o rodzinie. Dokładniej o tym jaka wsteczna zła i nikczemna jest rodzina, i że należy koniecznie i jak najprędzej do czasów jakichś zamierzchłych niby ludów które żyły w matriarchacie, a dzieci nie znały zazwyczaj rodziców i rodzice dzieci. Więc rodzice nie musieli opiekować sie dziecmi. Była to jedyna komunistyczna ksiązka jaką przeczytałem, za wyjątkiem Manifestu Komunistycznego. Jeżeli chodzi o Marxa to znał jego wiersze. Trzeba przyznać że poetą Marx był o niebo lepszym niż ekonomistą, chciało by się powiedzieć o piekło. Pomijając fakt że jest to twórczość satanistyczna której nie kupuję, i człowieka nie dojrzałego emocjonalnie, to jakby popracował nad swoim pisaniem mógłby zostać niezłym poetą. Niestety idąc cichą drogą nie spotkał by wtedy Engelsa, i ten nie utrzymywał by go przez długie lata. tu przyszedł mi do głowy pomysł na opowiadanie. Marx spotyka Engelsa, i widząc jego nienawiść do współczesnych struktur życia zaczyna pisać o komunizmie aby mu się przypodobać. Ma komunizm głęboko gdzieś, tak jak i zresztą wszystko, bo nie robił kariery jako poeta, ani redaktor i dziennikarz. Chce po prostu przetrwać i to w miarę wygodnie. Pisze więc to czego oczekuje od niego Engels. Engels m dla niego znaczenie, jako syn fabrykanta i wyzyskiwacza. Może także utrzymać i wyżywić Marxa i jego rodzinę. Możliwa jest także inna wersja. No cóz hm, Engels wolał chłopców i zakochał się w Marxie i dla tego go utrzymywał. Albo inaczej żona Marxa była jego kochanką i taka cenę musiał płacić Marx za wygodne pozbawione materialnych trosk życie. Oczywiście także żona Engelsa mogła być kochanka Marxa i nalegała aby ten utrzymywał Marxa. Nie wiem nawet czy Engels miał żonę. Dobra koniec fantazjowania.

Czarcie nasienie
Pochodzili z czarciego nasienia, jak on to kiedyś nazwał. Jego matka miała taki charakter że potrafiła go publicznie, w obecności obcych ludzi strofować. Faceta po pięćdziesiątce szturchać w plecy i wykrzykiwać na niego - nie garb się - albo coś w tym rodzaju kiedy on zeszedł przed blok żeby pomóc jej wnieść zakupy do domu na drugie piętro. Najpierw zadzwoniła koleżanka jej matki - zejdź na dół - rzuciła niemiłym agresywnym głosem, matki komórka spoczywała w tym czasie wygodnie w torebce, a torebka leżała rzekomo w bagażniku, ona wysługiwała się koleżanką bo to było dla niej wygodne. Koleżanka też coś z tego musiała czerpać żeby tak odnosić się do obcego mężczyzny i to w towarzystwie osób trzecich. Może coś przez to sugerowała, czego nie było. Potem pomyślał że jej matka wywodzi się z czarciego nasienia. na czwórkę dzieci, bo tyle ich było, dwaj jej bracia to nałogowi pijacy, i ona co tu dużo mówić kawał cholery. U ojca było podobnie na trójkę, bo czwarte dziecko zmarło kiedy było małe, ojciec był nałogowym pijakiem, jego brat miał skrajnie konfliktowy charakter, jedynie siostra była normalna. Czyli czarcie nasienie, awarskie albo jakie.
Ojciec jak mi opowiadał gdy był dzieckiem wyganiał ich z łazienki, kiedy miał potrzebę skorzystać z niej. Kiedy był małym dzieckiem pamiętał też jak pijany ojciec gdy wracał wieczorem do domu, po awanturze z matka jak go niechybnie czekała, groził że się wyprowadza. Pakował swoje rzeczy, po cym szedł spać. Rano budziły go krzyki ojca -co za kretyn schował mi moja koszulę - gdzie są moje spodnie - Awantury i kłótnie między rodzicami były można powiedzieć chlebem codziennym. Ojca pamiętał jeszcze z tego że ciągle wmawiał mu ze jest ostatnim idiotą i kretynem którego ciągle oszukują koledzy szkolni i z ulicy. Za ogryzek jabłka lub puste pudełko zapałek wymienia z nimi wszystkie cenne przedmioty. Z mojego punktu widzenia taki nie do końca szczery i nawet może trochę fałszywy. W towarzystwie obcych ludzi udawał świetnego i niezwykle sympatycznego, żartował, uśmiechał się, tak dla obcych był bardzo sympatycznym człowiekiem. Dla nich nie. Co jeszcze opowiadał mi o swoim ojcu? Jego ojciec nigdy nie chciał mu dawać pieniędzy ponieważ uważał że - pieniądze demoralizują - więc często najbiedniejsze dzieci z podwórka stawiały mu oranżadę albo lody, też zwykle dzieci pijaków bo innych tak raczej nie było, ale ich rodzice nie uważali że pieniądze demoralizują - Bardzo tez lubił jedzenie, Kochał jedzenie, dysząc podczas zjadania kotletów schabowych jakby opadał w ekstazę, jemu podczas jedzenia zarzucał natomiast że - je jak wąż - zbyt gwałtownie i szybko. Ach co ja mówię! Kotlet schabowy był jego religią. Mielony trochę mniej. Jest baranem z ascendentem w rybach. Tak jak ja. Silne emocje i odczuwanie. Bardzo głośno włączony odbiornik, właściwie to na cały regulator. I musi to całe odczuwanie znieść. Każdy dźwięk wybucha niby eksplozja supernowej. Każde mrugnięcie powiek u mijanej osoby ma kolosalne znaczenie. Dla dziecka o przeciętnej wrażliwości może wcale warunki nie były by skrajne. Po prostu nie wracało by uwagi na to czego nie akceptuje i tyle. Zawsze rodzice szyja jakiś kostium dla dziecka. Gorzej jeśli tego nie robią, i każą dziecku żyć w świecie podobnym do tego w jakim żył Kacper Hauser.

Matka Gandziaka odkąd ten był dzieckiem powtarzała mu że gdy on dorośnie i zacznie pracować, to wyniesie się do niego. W ogóle wyglądało że rodzice chcą czegoś od Gandziaka, i że nie chodzi tylko o wychowanie go i uczynienie samodzielnym, a może nawet o to nie chodziło im szczególnie, ale jakby coś od niego chcieli. Ojciec chciał zrobić z niego kukiełkę która będzie w jego dziecinnym pokoju, i będzie wykonywała [ to znaczy ta kukiełka czyli Gandziak] wszystkie jego polecenia,. Wcześniej musiał mu jeszcze amputować duszę. Musiał dokonać lobotomi duszy Gandziaka. Oprócz tego oczywiście że chciał go wychować na komunistę. Gandziak był z innej gliny i z nie tego świata, złożonego z kamiennych i drewnianych topornych dość figur ludzkich. Niemniej pomimo wrodzonej grzeczności, i kultury, nie zamierzał się poddawać, o nie. Jeśli ktoś myślał że jest inaczej to się grubo mylił. Rodzice nie pozwalali też mu na co pozwalali rodzice wszystkich jego kolegów z podwórka i całej okolicy. Jego kolegów uważali bez wyjątku za skończonych degeneratów. Może sam fakt że przyjaźnili się z Gandziakiem był wystarczającym powodem dla nich aby stai się degeneratami, chuliganami i skończonym, ostatnimi wykolejeńcami. Kiedy więc podrastał zaczął buntować się najpierw za pomocą noszenia odbiegających od przeciętnych ubrań, a następnie zaczął uciekać z domu. Wracając do matki Gandziaka. Matka Gandziaka mówiła też dzieciom, to znaczy jemu i siostrze że się pójdzie utopi. Nie wiem dlaczego to robiła,Miała się iść utopić z powodu pijaństwa ojca i nieudanego życia w związku z tym. Aha, byłbym zapomniał, jego matka wyfrunęła z domu rodzinnego gdy miała osiemnaście lat, po skończeniu szkoły średniej poszła do pracy, studia skończyła później. Jej ojciec nie chciał chyba zamieszkać z nią . Dziadek Gandziaka ani babka nie chciały chyba też robić prania mózgu swojemu dziecku zamieniając dom na ośrodek indoktrynacyjny. Skąd się to mogło wziąć. Podejrzewam że wpływ nowego, i zwycięstwo socjalizmu przywiezionego ze wschodu na radzieckich czołgach.Człowiek bowiem musicie wiedzieć, stracił wtedy duszę. Stał przypadkowym przybłędą, nie wiadomo skąd i nie wiadomo po co. Po nic. Wszystko w tym ponurym brudnym byle jakim świecie było jeśli w ogóle było, brudne, brzydkie nijakie, no i z przypadku. Darwin i Lenin zastąpiły chrześcijańskiego Boga i jego Syna. Ludzie naśmiewali się z tego wariackiego chorego systemu jak tylko mogli, nie wiedzieli jednak że nasiąkają nim. Nasiakali nim powoli ale systematycznie.

Pracując na działce Gandziak obserwował chłopa orzącego koniem działkę sąsiada. Zauważył że człowiek orzący koniem działkę podczas swojej pracy ciągle się na niego wydziera, i przypomniał sobie swojego dziadka który też ciągle wydzierał się na konia kiedy coś robił. Potem przypomniał sobie jak podczas różnych prac domowych jego ojciec ciągle przeklinał i bluźnił używając takich słów jak na przykład "sakramenckie". Wiedział już skąd się u niego wzięła niechęć do pracy i agresja jaką często praca u niego wyzwalała. Nauczył się tego od swojego dziadka i ojca. Pozwólcie jednak że napiszę parę słów na temat samej działki. Działka matki Gandziaka kojarzyć sie mogła ludziom z jednym z kosmicznych rozmiarów bałaganem. Wszystko tam było chaotyczne i nie uporządkowane, szczególnie wczesną wiosną. Badyle, suche badyle wystające z ziemi i leżące na niej, stare plastikowe wiadra do uprawiania pomidorów porozrzucane w nieładzie. Generalnie nieład panował tam zawsze. wystające gałęzie nad skrzynka z narzędziami i ławka. Nierówne zbyt wąskie i nie równe ścieżki. Zbyt gęste drzewa i za mało przestrzeni. Nie wiem skąd się to brało, podobnie jak w domu Gandziaka. matka Gandziaka nie rozumiała że ludzie są różnej wysokości i szerokości. Myślała że wszyscy są tacy sami jak ona?



W tym momencie autor przestał pisać i odłożył długopis na stół, wcześniej robił jeszcze jakieś luźne szkice, o wyjeździe swojego głównego bohatera o imieniu Gandziak na wyspy w poszukiwaniu pracy i lepszego życia, ale tak naprawdę zaprzątnięty był poszukiwaniem swojego kota, Gdzie jest-myślał, nie było go ani pod stołem, ani za łóżkiem, ani w żadnym innym ulubionym przez niego miejscu, gdzie lubił spędzać czas lub przynajmniej wypoczywać....
Zdenerwowany zapalił papierosa, nie wiedział dlaczego tak się denerwuję, a kiedy to tylko zauważył, to natychmiast pomyślał - ach, nie powinienem się tak często denerwować - i spróbował uspokoić, biorąc kilka głębszych oddechów.W pokoju autora panował ogromny bałagan, zupełnie tak jakby przeszedł tajfun albo przynajmniej trzęsienie ziemi, a jego właściciel stanowił oko cyklonu lub środek koła, jak zwykle zewnętrznie nieruchomy i nieporuszony. Przypominał w swoim nieporuszeniu kamiennego człowieka, lub posąg. Oczywiście jedynie zewnętrznie, bo wewnątrz jak pod przykrytym pokrywką wielkim garze z gotującą się wodą wrzało wszystko, bulgotało, kipiało, parowało i eksplodowało jak pojawiające się małe wszechświaty, aby po chwili zupełnie zaniknąć. No może nie zupełnie, bo takie eksplozje zostawiają przecież po sobie ślady.
-tu dodam jedynie że ten bałagan w jego pokojach pojawiał się razem z nim i wędrowali razem z nim po świecie, Wrocław, Opole, Kielce, potem Śląsk, Glasgow, Londyn, i Edynburg, nieważne gdzie góry, wieś albo wielkie miasto, wszędzie tam gdzie mieszkał, prędzej albo później, ale zwykle prędzej, pojawiał się nieskończony nieopisany wprost bałagan, a rzeczy pozostawione same sobie i sobie samym przejmowały we władanie przestrzeń mieszkania, pomniejszając ją znacznie.
W końcu kiedy napięcie zaczynało go zbyt uwierać wstał zdenerwowany i zaczął chodzić nerwowo po pokoju, po drodze kopiąc leżący na podłodze jakiś przedmiot, który sam tam położył przed chwilą. Już chciał wyzwać od kretynów i idiotów osobę która ten zeszyt położyła, ale przypomniał sobie że przecież to on zrobił. Rozbawiony humorystyczną sytuacją rozluźnił się naturalnie i natychmiastowo. Po czym usiadł i zaczął pisać. Zanim jednak wziął do ręki długopis pomyślał -chyba napiszę dramat. Dramat.

Kasting na ojca.

Pomysł miał być następujący: jest wielu kandydatów na ojca i jedna w miarę pewna matka, co w dzisiejszym świecie nie jest chyba niczym specjalnie dziwnym a nawet rzekłbym niecodziennym. Więc dramat może niestety nie wypalić.
Następnie przyszedł mu do głowy scenariusz na krótkie opowiadanie "Dwie piłki na boisku", i wymyślił nową grę polegającą na tym że na boisku są jednocześnie dwie piłki, i obie drużyny grają nimi jednocześnie.
Jednak przypomniał sobie że oglądał już kiedyś w telewizji podobny serial, widział też podczas meczu POLSKA-IRLANDIA, dwie piłki na boisku. "Usiadł" więc zrezygnowany i przez chwile podpierał rękami głowę. Czekał aż myśli pojawią się same, co przecież nie zawsze się dzieje, lub wyprodukuje sam coś w swojej maszynie do myślenia i pisania. Trwało to jakąś chwilkę, dopóki nie zaskoczył. I jak tylko zaskoczył, już pisał, i to tak szybko jakby wpadł w trans.
Był bardzo zadowolony z siebie, ale jego radość trwała niestety krótko. Pisząc kopnął przez przypadek [czy aby na pewno?] leżący na dywanie duży ciemnozielony zeszyt w formacie A4, który dostał kiedyś w prezencie od swojej byłej dziewczyny, i pomyślał :co to jest?, po czym podniósł go natychmiast. - O zeszyt który dostałem od A - powiedział do siebie, i na swoje nieszczęście niestety otworzy go. Zeszyt dostał od swojej byłej dziewczyny A. kiedy jeszcze mieszkali razem ze sobą. A w nim, ni mniej ni więcej napisane było stare opowiadanie, bagatela, jakieś dziesięć lat temu. Co z nim zrobię, pomyślał, przecież jestem zajęty i piszę. Ale nie uprzedzajmy faktów i zobaczmy co nasz autor przeczytał


IMIĘ BOGA
powieść dziejąca się w mieście Kraków


Tak jak bohaterowie jego książek, autor włóczył się po mieście godzinami, a był to musicie wiedzieć, Kraków sprzed dziesięciu lat, jaki już niestety nie istnieje. Powiedzmy że Kraków z ostatnich lat dwudziestego wieku.Chodził po starych ulicach, i odwiedzał kościoły w których się modlił całymi godzinami, odwiedzał też stare klasztory położone na górach, i starożytne kopce.
Groby wielkich królów spoczywających w majestatycznych pozach i pomniki wielkich bohaterów. Czasami modlił się w tych kościołach do starożytnych bóstw i boddistawów buddyjskich, albo do katolickich świętych, co zupełnie mu nie przeszkadzało, bo najważniejsza była dla niego modlitwa, skupienie energii i nakierowana prosba wypełniona dobrymi intencjami.
Do kościołów i w inne miejsca zaglądał zresztą z zupełnie prozaicznych powodów, nie miał po prostu gdzie mieszkać, choć modlił się naprawdę szczerze i gorliwie. I nie ma tu chyba żadnej sprzeczności, bo może dla tego stał się właśnie bezdomny aby całymi dniami się modlić.
O ile mógł jeszcze sypiać u znajomych i tam spędzać jakoś noc, choć ci już krzywo na niego patrzyli, bo gościem jest się przecież przez trzy dni -o tyle w dzień musiał się niestety gdzieś podziać.A dzień człowieka bezdomnego jest niestety dniem bardzo długim, no chyba że się marnotrawi czas w bardzo głupi sposób.
Tego dnia wychodząc od znajomych mieszkających niedaleko kina Kijów rozmyślał o śnie który śnił mu się poprzedniej nocy, otóż w tunelu światła wędrowały stada zwierząt, a najwięcej wśród nich było byków i krów, [ może żubrów albo bizonów?], zwierzęta zbite w masie, stłoczone, a pomiędzy nimi szkielety, kości i zwierzęce kościotrupy.. Zwierzęta były otoczone, pokryte jakąś dziwną żółtawą mazią. Młode cielęta patrzyły na niego przerażonymi, pustymi, pozbawionymi oczu oczodołami.
Dzisiejszej nocy także miał dziwny sen, śniły mu się dwie kobiety, jedna z nich, brzydka, chuda i koścista, na dodatek z niezbyt dobrym charakterem. Broniła się przed nim, a on jakby chciałby ją posiąść na siłę, znajdując upodobanie w jej brzydocie.Walczył z nią i był wobec niej napastliwy. Potem nastąpiła druga sekwencja. Ta piękna, ładna kobieta, delikatna i subtelna, leży na ziemi a on po niej depcze [nie widząc jej]

Obudził się zszokowany.Przez kilka godzin spacerując po ulicach miasta, myślał o tym śnie i o jego znaczeniu.....
Następnie wszedł do kościoła świętej Anny i niedaleko ołtarza upadł zrozpaczony, pełen zwątpienia na kolana, potem całym ciałem osunął sie na chłodną posadzkę kościoła. - Dlaczego mnie porzuciłeś? zapytał z gorzkim wyrzutem. - Nie opuszczaj nas - wyszeptał. Gdy trochę doszedł do siebie, przerażony swoją odwagą, a może bardziej tym co z niego wyszło sprawdził czy ma przy sobie numer identyfikacyjny, bo tak zwane imię bestii, bo prawdziwe mieściło sie w mini nadajniczku wszczepionym zwykle w płat czoła], numer który był jednocześnie numerem dowodu-karty identyfikacyjnej, paszportu, konta w banku, karty podróży, tdt.
Większośc mieszkańców planety miała imię wszczepione zazwyczaj w dłoni albo czole, co było bardzo praktyczne, -imienia nie można było zgubić. Niestety pierwsi posiadacze imion lub mian, jak te także nazywano, szczególnie zaś w biedniejszych krajach posiadali je na wydrukowanych plastikowych kartach, zwanych plasti-kartami, lub plastik-kartami.Wiedział co mu grozi gdy nie znajdzie swojej cholernej "plasteli", jak nazywał plastik-kartę
Imiona boga, były zresztą wszędzie, bo dzięki nim władze mogły łatwiej kontrolować społeczeństwo. I tak na przykład oczy znajdowały się w banknotach, takie małe czipy z mini okiem boga-bestii, które kształtem przypominały trzy szóstki
Oczy bogabestii widział nawet we śnie, i widział ich promieniowanie, fale które emitują [podczerwień? jak nazywał ten typ fali] i wiedział że czipy nie są tylko odbiornikami, ale także przekaźnikami porcjowanych informacji, małych pulsarów oddziaływujących za pomocą fal na podświadomość człowieka. Fale w zależności od potrzeby emitujących wywołać mogły w człowieku lęk, skrajny niepokój i panikę, agresje, albo zniechęcenie pogrążając obiekt do którego były kierowane w depresji i smutku


Zamknął zeszyt zrezygnowany. Za mało tego było, ale za dużo żeby wyrzucić. W radiu usłyszał że -Niestety kryzys ma swoje prawa i na szczęście wszelkie kabalistyczne i totalitarne scenariusze straciły być może rację bytu. Po raz pierwszy w historii lewicowy rząd na wyspach obniżył podatek wat [!], a kilka dni później parlament szkocki* nie zgodził się na wprowadzenie przymusowych dowodów osobistych. Z innych jaskółek, no może jeszcze nie wiosny, ale małego przedwiośnia, należy wymienić rezygnacje władz unii z planowanej kontroli ruchu lotniczego, i próby powrotu do parytetu złota [ przez Chiny i Iran ] a Ron Paul wieszczył upadek papierowego pieniądza -
Może nie będzie tak źle powiedział do siebie, i do kota - no nie martw się głowa do góry - dodał po chwili [ o którym myślał że śpi gdzieś w pokoju, a więc powiedział do swojego wyobrażenia o kocie, którego tam przecież nie było] i poczuł się uspokojony o losy świata.
Nie lubił przepisywać po sobie, a większość czasu zajmowały mu próby odczytania swojego niewyrażnego pisma, o wiele bardziej wolał pisać z natchnienia, wtedy wszystko było świeże i przejrzyste. Przegrał więc kolejny raz, a może wygrał, jak anioł wygrywa z kościstym starcem jaki każe nam cierpieć i wiecznie pokutować za prawdziwe lub urojone grzechy. Niech żyje wolnośc -pomyślał i pozwolił wyobraźni na swobodny przepływ obrazów i myśli.



by name